Jean Michel Jarre – Electronica 1: The Time Machine

jean michel jarre electronica 1 the time machineW swoim życiu miałem etap (swoją drogą całkiem długi) fascynacji twórczością Jeana Michela Jarre’a. Zaczęło się to wszystko w okolicach 1998 roku i trwało ładnych parę lat.

Przyznam szczerze, że z większymi przerwami ta fascynacja trwa do dziś. W sumie nic dziwnego bo artysta na swoim koncie ma kilka dzieł wybitnych, o których ciężko zapomnieć. W mojej głowie nadal siedzi „Oxygene”, „Oxygene 7-13”, „Magnetic Fields”, „Equinoxe”, „Zoolook”, czy nawet „Odyssey Through O2”, od którego w moim przypadku wszystko się zaczęło. Czasem wracam też do „Metamorphoses”. Ale to właśnie po tym krążku coś się zacięło: muzyka artysty przestała porywać, intrygować, zniewalać. Zabrakło też utworów, które w perspektywie lat mogłyby zostać kolejnymi klasykami łączącymi pokolenia.

Niestety pierwsza część tandemu „Electronica” raczej tego nie zmieni. Ale zacznijmy od początku. Jean Michel Jarre „studyjnie” milczał długo. „Teo & Tea” ukazał się w 2007 roku zatem czasu na tworzenie czegoś wyjątkowego było bardzo dużo (chyba tylko Tool i Metallica stwierdziłyby, że za mało;). JMJ miał zadanie o tyle ułatwione, że do współpracy nad stworzeniem opowieści o historii muzyki elektronicznej zaprosił ludzi obracających się w tych klimatach na przestrzeni lat. I tak w skład dream teamu wchodzą m.in.: Tangerine Dream, Armin van Buuren, Moby, Vince Clark i jeszcze kilku mniej lub bardziej znanych artystów. Na papierze wygląda to dobrze(i już raz taki eksperyment się udał – na „Odyssey Through O2). Szkoda, że nie przekłada się to na warstwę muzyczną, która jest zwyczajnie nijaka.

Całość zaczyna się całkiem przyjemnie od „Time Machine”. Utworowi daleko do poziomu sprzed lat ale spójrzmy prawdzie w oczy – źle nie jest. Niestety drugi na liście jest „Glory”, który rujnuje całe przyjemne wrażenie, którego budowanie rozpoczęło się dopiero przed chwilą. I taka sinusoida towarzyszy nam praktycznie przez cały album. Słuchacz ma prawo rozochocić się przy „Close Your Eyes” i 2 częściach „Automatic”(tu możemy mieć wrażenie, że gdzieś, kiedyś już to słyszeliśmy tylko, że zdecydowanie tamto było zdecydowanie lepsze).

Ale co z tego skoro po nich dostajemy czysty cios nokautujący w postaci „If..!”. Lekki powiew starych czasów odczuć możemy m.in. w „Conquistador” i „Zero Gravity”. Niestety nadal jest to forma daleka od tego do czego Jarre przyzwyczaił nas lata temu. „Stardust” brzmi jak Armin van Buuren (pewnie dlatego, że jest on współtwórcą utworu;), JMJ nie czuć tu w ogóle.

W pozostałej części „Electronica 1: The Time Machine” jest miałka i nijaka. Utwory (a jest ich tutaj łącznie 16) przelatują sobie po kolei bez większego echa.  Z prawie 70 minut muzyki ciężko wyłowić coś chwytliwego co utkwiłoby w pamięci, coś do czego chciałoby się wrócić. Wielka szkoda.

Album może sprawdzić się jako podkład przy wykonywaniu innych czynności. Nie widzę jednak tego materiału jako głównej atrakcji do spędzenia tych 70 minut. W tej konwencji krążek w ogóle się nie sprawdza i po kilkunastu minutach człowieka nachodzi wielka chęć do porobienia czegoś jeszcze. „Electronica” nie sprawi, że Jarre zyska wielkie rzesze nowych fanów. Myślę, że ciężko będzie przekonać nawet tych ze starej gwardii. Dla mnie osobiście nowy krążek to strata czasu, który można spożytkować np. na odświeżenie sobie jego albumów sprzed ponad 30 lat.

Moja ocena -> 5/10

 

Jarre na YouTube

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyczny i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Jean Michel Jarre – Electronica 1: The Time Machine

  1. Krzysiek pisze:

    Szanowny Panie redaktorze. Chyba słuchamy różnych płyt! Według mnie jest to bardzo dobra płyta, która buduje napięcie w trakcie słuchania. Chce się powrócić i słuchać ponownie. Widać, nie zna Pan JMJ na tyle aby być obiektywnym co do jego muzyki. Prawdopodobnie jak większość „przelotnych” słuchaczy wybiera Pan te popularne i znane utwory. Do tych innych potrzeba wsłuchania i wyizolowania. Widać Pan nie jest na to gotowy! Polecam słyszeć, a nie słuchać – to znacznie poprawia odbiór.
    Tak na marginesie, w JMJ zakochałem się gdy miałem 12 lat czyli był to rok 1987 i tak jest do tej pory. W jednym się zgadzam, nie jest to ta sama muzyka co 20-25 lat temu ale czasy się zmieniają więc trzeba tworzyć na nową nutę. Co nie oznacza gorszą! Dla mnie ta płyta to 9/10 i już nie mogę się doczekać kolejnej. Pozdrawiam serdecznie.

    • rolu pisze:

      Drogi Czytelniku: wydaje mi się, że jakieś tam pojęcie o twórczości JMJ mam. Żeby nie być gołosłownym podsyłam link do zdjęcia, które zrobiłem specjalnie na tę okoliczność -> http://www.swiat-muzyki.pl/wp-content/uploads/2016/03/jarre.jpg 😉 Wszystkie te płytki znam od co najmniej 15 lat (większość od ok. 20). Zdania na temat nowego albumu nie zmienię ale i Twoją opinię szanuję:) JMJ może się cieszyć, że jeszcze dociera do niektórych słuchaczy ze swoją twórczością. Do mnie przestał po „Metamorphoses” i chyba to się już nie zmieni. Pozdrawiam i życzę Wesołego Alleluja!!!!

  2. Robot pisze:

    Straszna słabizna. Może fanom się spodobać fanom dawida z getta. Prawdziwym smakoszom elektroniki polecam np. Electrified Borisa Blanka lub TdFS Kraftwerku.

  3. Robot pisze:

    Straszna słabizna. Może się spodobać fanom dawida z getta. Prawdziwym smakoszom elektroniki polecam np. Electrified Borisa Blanka lub TdFS Kraftwerku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s